Pewnie dokładnie tak pomyślałbym, a co za tym idzie postąpił jeszcze 2 lata temu…
Ostatni tydzień? 0 godzin nauki. 0 linijek kodu. 0 projektów. Nic.
Co w zamian? Chore dziecko, praca, dom, obowiązki… życie…
A pod koniec dnia jedyne marzenie to prysznic i poduszka.
A przecież plan był inny, prawda? 😅
Gdzieś w tzw. “międzyczasie” zerknając na LinkedIn’a wszędzie widać jak każdy idzie do przodu…
Nowe umiejętności (te “z wczoraj” i te “jutra”😉), certyfikaty, osiągnięcia, miliony…
No i super, trzymam za wszystkich kciuki z całego serca, ale… To stety/niestety nie moja bajka.
I pewnie też nie do końca Twoja jeśli:
📌 Masz rodzinę
📌 Pracujesz 8h dziennie
📌 Masz małe dziecko
📌 Życie regularnie spada Ci na głowę
Całe szczęście zrozumiałem, że nie da się być produktywnym 365 dni w roku. Po prostu.
Ale…
Kiedyś myślałem inaczej. Jeden stracony dzień na „streaku” = porażka. Projekt porzucony, motywacja w gruzach, „po co w ogóle zaczynałem”. Znasz to?
Dziś? Dziś wiem, że jeden “gorszy” tydzień to tylko… zły tydzień. Nie koniec świata. Nie koniec drogi. Po prostu życie.
Bo programowanie to nie sprint. To maraton.
A w maratonie są gorsze kilometry. Są momenty, kiedy idziesz, a nie biegniesz. I to też jest OK.
Życie to nie Social Media. To chorzy ludzie w domu, wizyty u lekarza, praca która sama jakoś nie znika, bo Ty masz „inny plan”. To rzeczywistość.
Co się zmieniło? ✅
W końcu zrozumiałem, że konsekwencja > perfekcja.
Ostatnie 2 lata konsekwencji (z przerwami, ze złymi tygodniami, z momentami zwątpienia) dały mi:
📌 Kilka solidnych projektów w portfolio
📌 Przejście do zespołu AI w pracy
📌 Konkretne umiejętności Python, API…
📌 I co najważniejsze – nie wypaliłem się po drodze
Bo ta droga to ultramaraton i każdy kilometr będzie inny… Ważne, żeby iść/biec dalej.
Ja działam dalej! 😉
A Wy? Jak radzicie sobie z „nieproduktywnymi” okresami? Jak balansujecie rozwój z życiem? Podzielcie się w komentarzach! 👇😉
